Historia Hufca Lubliniec

Harcerstwo to nie jest coś, co się umie, ale to jest coś czym się jest.

enfrdeitptrues

Obóz pionierski w Arteku w 1961r.

W 1961r. do obozu pionierskiego w Arteku na Krymie, w ramach akcji Malta - pojechało dwóch przedstawicieli Hufca Lubliniec - druhna Barbara Dragon (BD) oraz druh Krzysztof Zbączyniak (KZ). Po latach podzieli się swoimi wspomnieniami z tego wydarzenia.

KZ: Wiosną 1961r. podczas zajęć WF na boisku SP Nr 1 w Lublińcu, podszedł do mnie druh Marian Ożarowski i poinformował mnie, że wraz z druhną Barbarą Dragon z Kalet, zostaliśmy wytypowani do reprezentowania naszego Hufca i Katowickiej ZHP na międzynarodowym obozie pionierskim w Arteku na Krymie nad Morzem Czarnym (w ZSSR).

12artek12016

KZ: Będąc wtedy w piątej klasie, byłem zaskoczony, a jednocześnie przerażony i szczęśliwy. Wracając ze szkoły poszedłem do mojej babci Ewy by jej o tym powiedzieć. Nie bardzo była rada z tej informacji, bo jako żona oficera 74GPP, o Rosjanach zawsze miała swoje zdanie:) Po powrocie do domu, wieczorem, po odrobieniu lekcji rozgorzała rodzinna debata. Jak zwykle moja mama była pełna obaw i zadawała wiele pytań, na które ojciec nie zawsze potrafił odpowiedzieć. Mimo to, już kilka dni później pojechała na pierwsze spotkanie do Komendy Chorągwi do Katowic. Poinformowano nas, jak musimy się przygotować do wyjazdu, podano tez termin 1.07 do 20.07 oraz ustalono datę kolejnego spotkania. Wtedy po raz pierwszy widziałem prawie wszystkich uczestników obozu. Nastąpiły kolejne spotkania, na których sprawdzano nasze umundurowanie i wyposażenie, które mieliśmy ze sobą zabrać. Otrzymaliśmy plakietki, które musiały być bardzo dokładnie przyszyte na mundurach. Wszyscy wyglądaliśmy jednakowo. Na kolejnym spotkaniu polecono, aby każdy potrafił grac na jakimś instrumencie i wręczono śpiewnik z piosenkami, których należało się nauczyć Tu był problem, nie grałem na żadnym instrumencie, później wymyśliliśmy z mamą zakup bałałajki z myślą, że na pewno jak się nie nauczę to w Arteku ktoś mnie podszkoli.

DB: Mój ojciec, Robert Dragon, oznajmi mamie i dziadkom, jaki zaszczyt spotkał jego pierworodną:. Na początku wcale nie była uradowana tą wyróżniająca mnie propozycją. Oprócz życia biwakowego i obozowego w jakich byłam wychowana, z racji funkcji jaką ojciec pełnił jako komendant Szczepu Kalety, nie wyobrażałam sobie wyjazdu tak daleko i mimo wszystko w nieznane. Niemniej przygotowania przebiegały po okiem mej mamy, która zawsze stawała na wysokości zadania. W czasie zgrupowania w Skolimowie pod Warszawą mieliśmy zajęcia z umuzykalnienia i wiadomości merytorycznych, czyli informacji co, jak i ile można (taki mały Leksykon ABC dobrego wychowania). Pamiętam, że różne grupy pełniły w stołówce dyżury. Z tymi dyżurami wiąże się moje faux pas, którym było podanie II-ego dania uczestniczce, zamiast druhowi opiekunowi. Nikt wprawdzie nie zwrócił mi uwagi, ale zorientowałam się, że był to nietakt, patrząc na dyżurnych innych grup którzy robili to prawidłowo.

12artek12016267ab

KZ: Kiedy zbliżał się termin wyjazdu spotkaliśmy się z instruktorami, którzy mieli prowadzić grupę, wśród nich był dh hm Franciszek Kisperski, oraz druh z Warszawy, którego nazwiska już nie pamiętam (dh hm Władysław Pancerz). Podczas spotkania, Komendant Chorągwi Katowickiej - druh hm Józefa Haensel, przekazał nam informacje dotyczące bezpieczeństwa i zasad zachowywania się podczas pobytu, otrzymaliśmy także wiele znaczków, przypinek i pamiątek, którymi mieliśmy się wymieniać z innymi uczestnikami obozu.

KZ: W dzień wyjazdu z Lublińca było bardzo gorąco i była jakaś awaria na PKP, tak że pociąg, którym miałem jechać, został odwołany. Za parę minut jechał autobus, ale przecież nie miałem biletu na niego. Po dłuższej rozmowie mamy i pasażerów, wreszcie pojechałem, ale sam:) Z dworca do siedziby KCH nie było daleko, więc trafiłem bez problemu - chociaż w ostatniej chwili. Z Katowic pojechaliśmy do Warszawy na spotkanie z grupami wyjeżdżającymi do innych krajów. Były to bardzo fajne dwa dni, podczas których spotkaliśmy się z Naczelniczką ZHP - druhną hm Zofią Zakrzewską. W południe wsiedliśmy do pociągu, który miał zawieść nas do Moskwy. Wieczorem pociąg dotarł do przejścia granicznego w Brześciu i tu problem... Numery legitymacji szkolnych (nowe, bo poprzednie przekazaliśmy organizatorom wyjazdu) nie zgadzały się z tymi wpisanymi do zbiorowej wizy. Nie było rady, musieliśmy wysiąść z pociągu i na bardzo obskurnej stacji, czekaliśmy aż do następnego dnia. Wreszcie przywieziono z Warszawy właściwe legitymacje i po zmianie podwozia wagonów (w ZSRR, a aktualnie Rosji, inny jest rozstaw szyn) pociąg ruszył w dalszą drogę. Gdy dotarliśmy do stolicy, nikt na nas nie czekał. Siedzieliśmy tak przez dłuższy czas przed dworcem, aż zainteresowała się nami milicja i nakazała nam zdjęcie z pasów harcerskich "finek". Minęło kilka kolejnych godzin i pojawili się organizatorzy, którzy myśleli, że już nie przyjedziemy (wszystko przez to opóźnienie). Ulokowali nas w hotelu "Rosija" i przedstawili naszego opiekuna i tłumacza. Początkowo do Arteku mieliśmy lecieć samolotem, ale z powodu naszego spóźnienia, pojechać mieliśmy w dalszą drogę pociągiem. Oczekując na niego zwiedzaliśmy Moskwę. Wreszcie zapakowano nas w pociąg relacji Moskwa-Sewastopol i ruszyliśmy w dalszą podróż. Zanim dotarliśmy na obóz, strasznie wymęczeni, minęły kolejne 3 lub 4 dni.

BD: Pierwszy raz byłam, jechałam i spałam w wagonie radzieckich kolei. To był luksus. Przedział był 4-osobowy, piętrowe legowiska, lampka nocna, zasłonki w oknach, dywany na podłodze i lustro na drzwiach. Tak było do Moskwy. Pociąg który zmierzał na Krym nie był już taki wygodny. Wagony nie miały przedziałów, my pomiędzy pasażerami. Pamiętam, że tam pierwszy raz zobaczyłam słoik kawioru, którym ktoś nas uraczył (ja osobiście nie skosztowałam, bo miałam od dzieciństwa awersję do tranu). Za to herbata w proszku (czyli instant) to już było coś co spróbowałam. Do dzisiaj widzę jej kolor - sypka, w barwie beżu, rozpuszczalna we wrzątku z miodowym odblaskiem:) 

12artek120162345

BD: W Arteku powitał nas opiekun - Rimas Aleksejewicz, wsiedliśmy do autobusu i na komendę naszych opiekunów zaśpiewaliśmy piosenkę "Wędrujemy". Rimas śpiewał także z nami, oczywiście po rosyjsku:) Zakwaterowano nas w 2 lub 3 piętrowym pawilonie. Wraz ze mną rozlokowały się dwie Danki, Basia, Henia, Jola i Agnieszka. Łóżka, na których mieliśmy spać przypominały  - łóżka szpitalne. Otrzymawszy także miejsce na ubrania - w szafkach, które dzieliłyśmy z dziewczynkami z ZSRR.

KZ: W Arteku przywitano nas bardzo serdecznie i po przekazaniu do depozytu naszych plecaków i mundurów, oraz po wytęsknionej kąpieli, przebraliśmy się w standardowe stroje uczestników (w kolorze niebieskim). Każdy dzień pobytu tutaj wypełniony był całkowicie.

12artek120162

KZ: Apel, zajęcia, spotkania z innymi uczestnikami, wycieczki, gry sportowe a wieczorem ogniska i śpiewy. Zwiedziliśmy piękne okolice i podziwialiśmy krajobrazy.

12artek2017t6y7

KZ: Weszliśmy na górę Aju-duch. Kąpaliśmy się w Morzu Czarnym, które w tamtych stronach ma kamienistą plażę.

BD: Ja jakoś na ta kamienistą plażę nie lubiłam chodzić:) 

12artek1201623
Druh Krzysztof - stoi pierwszy od prawej strony
Druhna Barbara - siedzi druga od prawej, patrzy w kieunku morza

KZ: Przedstawiciele poszczególnych państw z całego świata mieli wyznaczone swoje dni jako narodowe (przeważnie po 2 państwa). W tych dniach cały program i imprezy prowadzone były przez te reprezentacje. Gdy przyszła pora na nas, dopiero wtedy wydano nam mundury i wreszcie mogliśmy się poczuć jak harcerze. Wszyscy nas podziwiali. W mundurach prezentowaliśmy się fantastycznie. Zawarliśmy w tym dniu wiele znajomości i przyjaźni. Szczególnie upodobali sobie nas Finowie i przedstawiciele Indii. "Rozmowy" utoczyły się oczywiście przy pomocy rąk, rysunków, a czasem w języku rosyjskim.12artek12016234

BD: Niesamowitym wydarzeniem w czasie naszego pobytu w Arteku był udział wszystkich grup w "kręceniu" filmu "Witajcie dzieci". Nasza grupa brała udział w scenie finałowej, gdy siedzieliśmy w amfiteatrze i wznosimy ręce do góry skandując hasło: ZRO-BI-MY. Pamiętam też pana reżysera, siwego pana, który by nas rozbawić, a właściwie wydobyć entuzjazm - skakał ze stołka na beton. Wzięłam także udział w małej scence, podczas której wręczam bukiet kwiatów koleżance. Pamiętam, że po pewnym czasie ukazała się w Polsce w tygodniku "Kraj Rad", okładka z naszą grupą z tą sceną finałową. 

KZ: Szybko minął czas  i ruszyliśmy tą samą trasa do Moskwy. Po przybyciu do której dopadły nas kolejne perypetie związane z odjazdem. My po raz kolejny wykorzystaliśmy te dni na wycieczki i zakupy. Większość naszych suwenirów nabyliśmy w dużym domu handlowym "GUM" na Placu Czerwonym. Po kilku dniach pożegnaliśmy wspaniałego opiekuna i załadowaliśmy się do pociągu relacji Moskwa - Warszawa. Tym razem bez większych problemów dojechaliśmy do kraju.

BD: Po powrocie z Arteku, będąc w Moskwie, najbardziej zapadły mi w pamięci zakupy w "GUM-ie" i mały flakonik perfum po 25 kopiejek, który kupiłam dla wszystkich ciotek:) woda kolońska dla taty w kształcie piłki nożnej i matrioszka, która przetrwała do dnia dzisiejszego i i chociaż jedna z nich pękła wzdłuż, to nadal przypomina mi o pewnej życiowej przygodzie, która zawsze będzie budziła we mnie uczucia z najwyższej półki:).

KZ: W Lublińcu byłem 10 dni po terminie - czyli 30 lipca. Radości rodziców i opowieściom w domu i na zbiórkach nie było końca.

artek12016267

KZ: Niestety z powodu naszego późniejszego przyjazdu, przepadł mi obóz w Borowej. Na szczęście wraz ze swoimi harcerzami pojechałem na letni biwak do Koszwic, by chociaż na kilka dni posmakować harcerskich wakacji po namiotem i w harcerskiej atmosferze.

 

Oficjalna strona Arteku

artek120162346

Strona www - poświęcona historii Arteku
artekhistoriastrona

Artek w latach 60-tych

Opracowane na podstawie:
Wspomnienia - Krzysztof Zbączyniak
Wspomnienia - Barbara Dragon

Zdjęcia:
Zbiory prywatne - Krzysztof Zbączyniak
Archiwum Hufca Lubliniec